Hiszpański small-talk

Hiszpański small-talk

Minęły już dwa tygodnie od czasu mojej ostatniej wizyty w Hiszpanii, a we mnie wciąż pobrzmiewają wspomnienia z tych kilku dni pobytu i zanurzenia w hiszpańskiej kulturze. Chodząc ulicami Saragossy obserwowałam, chłonęłam i przypominałam sobie atmosferę różnych miast Półwyspu Iberyjskiego, jego smaki, zapachy, obrazy…

Szczególnie zapadła mi w pamięć jednak jedna zabawna sytuacja z pewnego wieczoru, kiedy to samotnie wybrałam się na kolację do jednej z sieci restauracji VIPS- bardzo popularnych w Hiszpanii i oferujących dania może mało przypominające typową kuchnię hiszpańską, a raczej amerykański fast-food z kilkoma zdrowymi pozycjami w menu.

Szczerze mówiąc dziwnie się czułam jedząc kolację w Hiszpanii w pojedynkę, bo to rzadko spotykany widok w tym kraju, ale cóż takie były okoliczności mojego biznesowego pobytu w tym mieście, więc nie przejmując się niczym wybrałam najmniejszy 2-osobowy stolik gdzieś w rogu sali, by w spokoju zjeść pierwszy gorący posiłek tego dnia i odpocząć trochę od targowego harmidru. Zadowolona usadowiłam się wygodnie popijając już przyniesioną w pierwszej kolejności zieloną herbatę, o której marzyłam cały dzień pracy na targach! ;-) Tuż na przeciwko mnie przy nieco większym stoliku siedziały 4 kobiety w przedziale wiekowym 60-65 – typowe hiszpańskie damy z pięknie ułożonymi fryzurami, pełnym makijażem, ożywczo dyskutujące na wszelkie kobiece tematy i jeszcze bardziej ożywczo wyrażające swoją aprobatę dla poglądów przyjaciółek zawziętym “claro, claro que sí!!!” (tł.oczywiście, oczywiście,że tak). Słuchałam ich sobie ukradkiem, czasami uśmiechając się sama do siebie, bo momentami ich komentarze były na prawdę zabawne.

Panie zajęte były swoim towarzystwem do czasu, kiedy na mój stół wjechała zamówiona przeze mnie potrawa…No i zaczęło się! ;-) Najpierw padło głośne stwierdzenie na temat smakowitego wyglądu zawartości mojego talerza plus szczegółowe pytanie na temat, co składa się na moją potrawkę z kurczaka. Skoro mówię już po hiszpańsku to wymieniłam wszystkie znajome mi składniki, po czym panie zaczęły rozmowę na tematy kulinarne między sobą typu: ja zawsze dodaję migdały do tego ciasta, a ja nie bo Pablo nie lubi, ale czasem udaje mi się przemycić dla smaku itp. Taki klimat ;-)

Byłam potwornie głodna po całym dniu na suchej bule z hiszpańską szynką, więc ryż w wersji słodko-kwaśnej z orzechami nerkowca i kurczakiem jadłam z takim namaszczeniem i błogostanem na twarzy, że w sumie nie dziwię się, że Panie z przeciwka zwróciły się do mnie z drugiego końca sali krzycząc:

– Ależ się na Ciebie przyjemnie patrzy, jak tak wcinasz! Dobre to? bo wspaniale wygląda! Smakuje Ci?

Na co ja, że tak, że pyszne, bo prawie nic nie jadłam cały dzień i jestem bardzo głodna.

– NIC NIE JADŁAŚ CAŁY DZIEŃ????!!!!!! To nie może być!!!

Więc ja tłumaczę, że byłam na targach,że było dużo pracy, czy cały czas gadałam i nie było jak.

– A co to za targi? A gdzie one się odbywają? a dużo ludzi przyszło? A w ogóle to skąd jesteś? A jaka ładna jesteś, no naprawdę aż miło popatrzeć z jakim apetytem się zajadasz….I jak świetnie mówisz po hiszpańsku “mujer” (tł. kobieto!) ;-)

Lawina pytań jaka zalała mnie w ciągu 5minut z drugiego końca sali była oszałamiająca i przyprawiała mnie o chichot. Nie wspomnę już o tym,że połowa knajpy wiedziała, skąd jestem, dlaczego jestem w Saragossie, że mieszkałam w Madrycie i dokładnie znała wszystkie składniki znajdujące się na moim talerzu :D

Lawina pytań jaka zalała mnie w ciągu 5minut z drugiego końca sali była oszałamiająca i przyprawiała mnie o chichot.

Niedługo potem, jak skończyłam jeść moje rozmówczynie też ruszyły swoje “gitarry” i po krótkiej wymianie zdań, uśmiechach i uprzejmym small talk z życzeniami powodzenia i miłego pobytu w Hiszpnii, opuściły lokal pozostawiając mnie siedzącą w pełnej konsternacji z ogromnym bananem na twarzy i myślą: “Takie rzeczy dzieją się tylko w Hiszpanii!!” :) Bo jakby pomyśleć o Polsce i takiej sytuacji, to prawie wydaje mi się ona niemożliwa!

U nas każdy siedzi w knajpie z głową w swoim talerzu i krępuje się nawet głośniej odezwać, żeby drugi stolik nie usłyszał o czym rozmawiamy. A jak zobaczy coś na talerzu sąsiada, co wydaje mu się smaczne i chciałby zamówić to dla siebie, to coś tam burknie nieśmiało pod nosem do kelnera pokazując wstydliwie palcem, że “on chce to”. A jaka siara, jak sąsiad zobaczy te wścibskie spojrzenie i palucha wytykającego owe danie! A krzyczeć z drugiego końca sali, bez krępacji “halo!! co ma Pani dobrego na talerzu?”to w ogóle nie ma szans!! No way!!! :)

Z jednej strony ktoś by powiedział, że to wścibskie właśnie i ja może na początku byłam zaskoczona tak wylewnym gestem, a chwile potem pomyślałam sobie, jakie to było miłe i bezpośrednie i radosne! Dzięki temu siedząc sama w knajpie, po długim i ciężkim dniu pracy, na drugim końcu Europy – nie czułam się sama! Czułam się jak w domu, lub w gościnie u przyjaciół rozmawiając po prostu o zwykłych rzeczach, śmiejąc się razem, żartując… Jak rzadko u nas w Polsce można się spotkać gdziekolwiek z tak miłą bezinteresowną rozmową będącą wyłącznie wynikiem ciekawości poznania drugiego człowieka i spędzeniem kilku minut na sympatycznej pogawędce. Tam nikt nie patrzył na siebie krzywo ze skwaszonym wyrazem twarzy. Brakuje mi tego w Polsce. W takich zwykłych kontaktach z ludźmi, których nie znamy, na co dzień jesteśmy bardzo hermetyczni, zapatrzeni w swoje smartfony, zaszyci we własnym świecie…Smutne to trochę, bo jak miły mógłby być dzień, gdybyśmy rozpoczęli go małą pogawędką przy kawie z jakimś radosnym nieznajomym :) Taka to refleksja z mojego ostatniego pobytu w kochanej Hiszpanii:)